Autostopem na Gibraltar. Przez krainę flamenco, corridy, fiesty i sjesty

A gdyby tak wziąć plecak i ruszyć na kraniec Europy, delektując się po drodze nieprzeciętnymi widokami i czarującą kulturą Andaluzji? Nic prostszego. Wystarczą dobre chęci, trochę zapału, cierpliwości i kciuk wystawiony w górę. Oto przepis na niezapomniane dwa tygodnie w krainie flamenco, corridy, fiesty i sjesty.

23.08.2012

Po wczorajszym kołowaniu nad lotniskiem i nocy spędzonej na terminalu, w końcu jesteśmy w Maladze. Łapiemy autobus Airport-Center i wyruszamy na podbój Andaluzji-krainy flamenco, corridy, siesty i fiesty. Kierując się w stronę wybrzeża, po drodze natykamy na targ rybny. Niby nic ciekawego…no chyba, że w sprzedaży znajdują się ślimaki wielkości pięści, ośmiornice, wielkie kalmary, a sprzedawca bez emocji na twarzy patroszy płaszczkę. Docierając w rejony wybrzeża nasuwa się pierwsza myśl: „Toć to wybrzeże Miami !” Promenada z mnóstwem biegaczy, rowerzystów, rolkistów ;p i arabów szepczących za uchem”Haszysz?Haszysz?”. Do tego mnóstwo palm na plaży, gorąca woda i kobiety opalające się toples (To ostatnie to ulubiony aspekt mojego towarzysza podróży ;p ). Cały dzień mija nam bezstresowo i leniwie. W końcu zbliżający się zmierzch zmusza do poszukiwań lokum. Pierwszą opcją jest falochron z widokiem na całe wybrzeże Malagi. Idealnie. Niestety przez mnogość rybaków, którzy wyłaniają się późną porą jesteśmy zmuszeni zmienić „hotel” :D. Ostatecznie wybieramy plaże, gdzie przy szumie fal i lekkim, ciepłym wietrze zasypiamy prawie natychmiast. W nocy jednak co chwila budzi nas odgłos dziwnych „ugniataczy plaży”, które jeżdżą w jedną i drugą stronę 5 m od naszych głów. Jak później dowiedzieliśmy się, spanie na plaży zostało zakazane po tym, jak owe „ugniatacze” zabiły kilka śpiących na piasku osób…No ale nic to…człowiek uczy się na błędach. Innym bardzo nieciekawym incydentem jest próba kradzieży przez Araba, który leżąc za plecakami, przeszukiwał kieszenie jedna za drugą. Na szczęście Adam ma wrodzony instynkt obronny i budzi się w momencie, kiedy złodziej otwiera moją kieszeń z aparatem. Chwała jemu za to. Dostaliśmy więc nauczkę pierwszego dnia. I nie polecam spania na środku plaży w zbyt uczęszczanym miejscu. Co innego gdzieś na uboczu 😀

Malaga

Malaga

24.08.2012

Nieprzespaną noc rekompensuje nam wschód słońca nad Malagą. Co ciekawe o godzinie 7 rano w tym rejonie panuje jeszcze całkowita ciemność. Dziwne, ale przynajmniej pomagało, gdy chcieliśmy szybko zmyć się z obozowiska ;p. Z samego rana wyruszamy na wylotówkę w kierunku Sevilli. Tu zaczyna się autostopowa część wyprawy. Na pierwszy samochód czekamy około 15 min. Po tym czasie, 100 metrów od nas staje sportowy Mercedes. Szybko, krótko i na temat…228 km/h, dwóch gości palących po drodze haszysz i trzymających w tym czasie kierownicę na zmianę, 1,5 h i pokonana odległość 200 km. Moje myśli w czasie jazdy : I’m gonna die xD.

Pierwsze wrażenia z Sevilli, to upał nie do zniesienia. Jako że nie zdążyliśmy załatwić sobie noclegów przez CS, spędzamy 2 dni w hostelu płacąc 26 euro od osoby (za 2 dni łącznie ze śniadaniami). Wieczorny spacer bez 10ciokilogramowych plecaków na plecach sprawia naprawdę dużo przyjemności.

Kolorowe uliczki Sevilli

25.08.2012

Praktycznie cały dzień poświęcamy na zwiedzanie stolicy Andaluzji. Przechadzając się po wąskich, kolorowych uliczkach, słuchamy ulicznych grajków, podziwiamy Katedrę NMP – największy i jeden z najwspanialszych gotyckich kościołów na świecie; Złotą wieżę, czy najwspanialszy plac jaki widziałam – Piazza de Espania.

Piazza de Espania

DSCF0317 (2)_wmZłota Wieża

 Fasada Kościoła NMP

Jako, że w plecakach zostało pełno jedzenia, na obiad serwujemy zupkę chińską, a do tego kanapeczki z mielonką…palce lizać ;p. Popołudniowa przechadzka po mieście kończy się na ławce pod palmą z widokiem na Gwadalkiwir. Z piwem Alhambra w dłoni podziwiamy przelatujące nad głowami papugi.

Kościół NMP

26.08.2012

Koniec tych luksusów. Rano przy wymeldowaniu, pytamy recepcjonistę o drogę na wylotówkę w kierunku miasta Cadiz. Ten zdziwiony na wieść, że chcemy jechać stopem pyta: Ou…it works here?”

Godzinę później jesteśmy już na drodze prowadzącej w kierunku Oceanu Atlantyckiego, a po 45 minutach łapiemy samochód z trzema miłymi paniami w środku. Mimo chęci, kompletnie nie udaje nam się dogadać. My nie znamy hiszpańskiego, one angielskiego. Po wielkich wysiłkach dojeżdżamy na wybrzeże Costa de la Luz do typowo turystycznej i dość burżuazyjnej miejscowości Costa Bellana (nazwa nie brzmi Bella Donna jak to wkręcił sobie Adam :D). Spragnieni chłodu, rozkładamy się na plaży i przystępujemy do ceremonii pierwszego w życiu Adama, zamoczenia nóg w oceanie. Pierwsze wrażenie..prawie jak nad Bałtykiem…tylko cieplej i czyściej.

W drodze do Cadizu

 Plaża w Costa Bellana

Po południu przechadzamy się po mieście w poszukiwaniu sklepu. Nic z tego..jest niedziela i nikt nie ma zamiaru pracować. Podobnie jest i w soboty…no i w każdy inny dzień tygodnia średnio od 12.00 do 17.00 ( tu z wyjątkiem supermarketów). Jeśli więc nie kupicie wody w piątek, zacznijcie się rozglądać za źródłami wody rozstawionymi w niektórych miastach ;p Inaczej idzie się odwodnić ;D Miasto szału nie robi. Całkiem nowe, z mnóstwem wysokiej klasy hoteli i jednym „normalnym” sklepem.

Niepokorni i nie nauczeni wcześniejszymi doświadczeniami, i tym razem postanawiamy spać a plaży. Tym razem „przytuleni” do skarpy…to tak, żeby zabezpieczyć tyły ;p. Boska, ciepła, romantyczna noc z mnóstwem gwiazd na niebie, światłami statków na wodzie i szumem oceanu. Wszystko jak w bajce, gdyby nie oberwanie kawałka skarpy prosto na nasze głowy w środku nocy. Uwierzcie, że byłam bliska zawału;p. Serce w gardle, oczy jak 5 złoty i resztę nocy z głowy.

 Noc nad oceanem

27.08.2012

Higiena musi być. Stąd poranny prysznic w specjalnych natryskach na plaży służących do spłukiwania słonej wody z ciała. Trzeba sobie jakoś radzić. Jeszcze tylko szybki supermarket z serii Mercadona, śniadanie i pełni optymizmu stajemy na drodze w kierunku La Linea i Gibraltaru. Zaczęło się całkiem nieźle. Pierwszy stop – hiszpanka w średnim wieku, a w jej samochodzie odgłosy nagrania z lekcjami angielskiego. Dalej nie jest już tak przyjemnie. W sumie przez cały dzień przejeżdżamy około 50 km i lądujemy w typowo przemysłowym mieście przed La Lineą. Jak na razie uśmiech na twarzy podtrzymuje mi obraz wybrzeża z Marokiem w tle widziany w czasie jazdy. Tyle, że mój kryzys pogłębia się z minuty na minutę, zważywszy na fakt, że nie ma tu kompletnie miejsca, gdzie można rozstawić namiot, a ja mam pierwsze objawy grypy czy innego świństwa. Masakra…Ratuje nas wielkie rondo z pseudo lasem po środku, gdzie po raz pierwszy rozstawiamy nasz pseudo namiot ;p Mówiłam, że namiot można rozstawić naprawdę wszędzie.

IMG_4918_wm

Jedno oko na Maroko, drugie na Gibraltar

28.08.2012

Rano gorączka mnie na chwile opuściła, a więc z nowymi nadziejami stajemy na wlocie na autostradę w kierunku Gibraltaru. Po chwili zatrzymuje się terenowy samochód i pół godziny później widzimy już Skałę Gibraltarską. Szał ciał, milion zdjęć i ostre podjaranie. W sumie dla mnie był to główny punkt wyprawy.

 Maroko

Granica hiszpańsko-brytyjska

Nasze zwiedzanie Gibraltaru polegało na obejściu skały dookoła. Po drodze mijamy typowe angielskie budki telefoniczne, dwupiętrowe autobusy ( Gibraltar jest terytorium zależnym od Wielkiej Brytanii) i szerokie aleje z mnóstwem turystów. Identyczne wrażenie ma się idąc Krupówkami w letnie, wakacyjne popołudnie. Jako że obszar należący do GB to i ceny brytyjskie. Stąd cena cheesburgera w Burger Kingu sięgająca 35 zł :D…tak, też myślałam że to żart…wcale nieśmieszny. Do tego zadziwia nas lotnisko przebiegające przez środek jezdni i chodnika dla pieszych. Szlaban opada, przelatuje samolot, szlaban się podnosi i idziesz dalej:D To się nazywa oszczędność miejsca. Dochodzimy do Pointa de Europe, czyli najdalej wysuniętego na południe punktu Europy. Jest to oczywiście przereklamowane, bo tak naprawdę punkt ten znajduje się w miejscowości Tarifa. No, ale cóż…wszelkie szyldy i oznaczenia sugerują, że to właśnie tu. Dotarliśmy więc na kraniec Europy. I znowu szał ciał, milion zdjęć i podjaranie niczym Rzym za Nerona. Zwłaszcza, że tuż przed nami rozciąga się widok gór Atlas należących do Maroka. I ta świadomość, że stoi się 15 km od wybrzeża Afryki…Niezapomniane chwile.

Point of Europe

Prezentacja Afryki DSCF0387_wm

Wieczór spędzamy z naszym hostem – Polką mieszkającą od 3 miesięcy w La Linea przy granicy z Gibraltarem. Przechadzamy się po mieście popijając hiszpańskie piwo i słuchając opowieści o jakby nie patrzył, ciekawym życiu w Hiszpanii.

29.08.2012

Kolejny cel to nieduże miasto Ronda położone w górach Sierra de Ronda. Docieramy tam dwoma stopami. Jeden dodatkowo zawozi nas do dzielnicy Sotogrande, gdzie ceny domów sięgają kliku milionów euro, a oprócz samochodów pod domami, stoją prywatne jachty w porcie. Następnie zatrzymuje się najnowszej klasy Audi A6 z biznesmenem w środku jadącym na spotkanie z klientem. Do Rondy dojeżdżamy wieczorem. Siedzimy chwilę w parku tuż obok zbocza ogromnej skarpy podziwiając zachód słońca i próbę przedstawienia z flamenco w roli głównej.

Ronda

Sierra de Ronda

Najsłynniejszym obiektem miasta jest wysoki most zwany Taho. Kiedyś pełnił podobno rolę więzienia. Spoglądając z mostu lekko w dół, od razu nasuwa się myśl, gdzie spędzić dzisiejszą noc. Skarpa na dole z widokiem na podświetlony nocą most oraz góry z drugiej strony jest idealnym miejscem. Zwłaszcza, że nikomu nie chciałoby się schodzić taki kawał w dół…nocą…po kamienistych schodach. Ok, nocą nie. Ale z samego rana budzi nas odgłos stóp. Dyskretnie wyglądam przez małą dziurę w namiocie i moim oczom ukazuje się chińczyk robiący zdjęcie naszego nędznie rozstawionego namiotu…czy tam reklamówki na sznurku…jak kto woli;p

Most Taho

30.08.2012 – 31.08.2012

Kolejnym planem było odwiedzenie małej wioski El Chorro ze słynnym, zamkniętym dla turystów szlakiem Camino del Rey. Nogi się trzęsą na sam widok filmu z youtuba, gdzie śmiali, a może nienormalni ludzie przechodzą szlakiem. My pozostaliśmy przy opcji podziwiania go z dołu. Mimo wszystko polecam obejrzenie filmu. http://www.youtube.com/watch?v=ZmDhRvvs5Xw

Camino del Rey

Wieczorem dzięki uprzejmości pewnej pary brytyjskiej, znajdujemy się nad pięknymi, turkusowymi jeziorami, gdzie oprócz „cykania” koników polnych, nie słychać nikogo. Rozstawiamy namiot pod jednym z dziwnych, gubiących korę drzew i cieszymy się kolejnym boskim zachodem słońca. Rozleniwienie sprawiło, że postanawiamy zostać tu kolejny dzień. Zero ludzi, przepiękne widoki, no i zbawienna woda. Czego chcieć więcej :D…no tak. Jest coś, czego jeszcze potrzeba. Jedzenie. Tyle, że do sklepu 10 km, a w plecaku gorące kubki i kaszki, do których też potrzeba gotowanej wody. Nic straconego. Trochę wyobraźni i powstaje tzw. komin grzewczy, czyli ułożona z kamieni piramida, a w niej ognisko. Stawiamy na szczycie metalowy kubek z wodą z jeziora i po pół godzinie mamy wrzątek 😀 Można? Można. Wieczorem piwko przy blasku księżyca i kolejny dzień mija pod znakiem boskości i błogości.

DSCF0581_wm

Komin grzewczy xD

01.09.2012

No tak, jakże by inaczej. Rozpoczyna się nowy miesiąc, a u nas rozpoczęcie fatalnego braku szczęścia. Zwłaszcza, że powoli zaczyna mi brakować łóżka i porządnej wanny. Z rana łapiemy stopa do Granady…przynajmniej tak było w planach. Belgijska para wysadza nas, gdzieś na autostradzie przed Antequerą. I to by było na tyle jazdy na dzień dzisiejszy :/ Na autostradzie spędzamy ze 3 h, a z upału i braku wody idzie dosłownie oszaleć. Postanawiamy przejść się do najbliższego miasta. Nie zdawaliśmy sobie tylko sprawy, że będzie ono tak daleko. Mało, że odpadną mi zaraz plecy od ważącego chyba tonę plecaka, to jeszcze amputują mi nogi i odwodnię się na amen. Po jakimś czasie (nie wiem jakim, bo straciłam już rachubę czasu;p) docieramy do wymarzonej Mercadony, gdzie kupujemy zapas jedzenia, picia i…wina 😉 Ludzie bardzo nam polecali, więc jak tu nie skorzystać. Humor od razu się polepsza. Mimo wszystko do końca dnia łapiemy jedynie jeden samochód, który podwozi nas kawałek na stację benzynową.

 Meliniarski nocleg pod Antequerą

02.09.2012

Po około 2 h łapania stopa, zatrzymuje się pan i wiezie nas prosto do Granady. Szybkim i jak się okazało później niepotrzebnym spacerem przez miasto, przyglądamy się najciekawszym zabytkom. Okazało się bowiem, że wylotówka z miasta jest w całkiem innym miejscu, niż nam wcześniej powiedziano. Odwiedzamy jeszcze typowy bar tapas, gdzie za 2 euro zamawiamy piwo+tapas. Całkiem przyzwoicie. Tym sposobem nie udaje nam się wydostać z miasta i zostajemy na noc na zboczu z widokiem na Granadę i góry Sierra Nevada.

Granada

Widok z namiotu fot. A.Wnuk

03.09.2012

Jak na pierwszy dzień szkoły przystało, nasz pierwszy stop to dyrektor szkoły podstawowej. Zyskujemy podwózkę na stację benzynową, gdzie przez kolejne 2 godziny czekamy na kolejny zbawienny samochód. A żeby było ciekawiej, kierowca zbawiennego samochodu ma na imię Jesus ;D. W końcu jadąc przez całkowicie pustynne i górzyste rejony z księżycowym krajobrazem, udaje się nam dostać do Almerii. Tam, długo nie czekając zaczepia nas nauczycielka matematyki i oferuje podwózkę do Murci. Wszystko fajnie pięknie, tyle że przez kolejne wydarzenia, a raczej ich brak, wyraz „ Murcia” będzie przyprawiał mnie o dreszcze.

Bezradność podczas łapania stopa

Droga do Almerii fot. A.Wnuk

04.09.2012

Kilkanaście godzin spędzonych na stacji przed Murcią to przesada. Nie zatrzymuje się po prostu NIC. W południe dołącza do nas para z stopowiczów z Polski. Jadą w naszym kierunku…niestety mamy konkurencję. I w tym momencie zaczyna się krążenie w okolicach Murci i próby wydostania się w kierunku Barcelony…

05.09.2012

Dzięki uprzejmemu polskiemu kierowcy ciężarówki coś się ruszyło…na chwilę;p Wieczorem lądujemy w Alicante, a stamtąd po 2 h zabiera nas pewna pani do miasta Benidorm – hiszpańskiego Manhattanu.

IMG_5645_wm

06.07.2012

W końcu! Po tym kilkodniowym fatum mamy autostopową rewolucję. Kilka krótszych stopów i dostajemy się do Valencji. Tam kolejny cud sprawia, że 2 młodych chłopaków ścina pas autostrady, żeby zatrzymać się i zabrać nas 100 km przed Barcelonę. Może jednak wrócę do domu?! 😀 Wieczorem na kolejnej stacji nic już nie znajdujemy, oprócz mnóstwa samochodów na francuskich rejestracjach z milionem bagaży w środku i muzułmańską rodziną z 5 dziećmi. Swoją drogą, do tej pory zastanawiam się, jak oni mieścili się w tych samochodach?! Ale uwaga…cudów ciąg dalszy. Spotykamy polskiego kierowcę jadącego do Holandii. To jest to, na co czekaliśmy od kliku ładnych dni. Wieczorne piwko z Panem Andrzejem, rozkminy o życiu i ta myśl, że jutro z samego rana jedziemy do Holandii.

Zbawienna ciężarówka

07.09.2012 – 08.09.2012

Takiej pobudki to nikt by się nie spodziewał. Namiot elegancko rozstawiony na trawce między drzewkami w pobliżu stacji. Tyle, że nie wiedzieliśmy, iż umiejscowiony jest on dokładnie w środku między zraszaczami. Poranny prysznic ze zraszacza i ucieczka z namiotem po stacji wygrywa nagrodę akcji wyjazdu ;p

Namiot rozstawiony między zraszaczami

Szybkie śniadanie i ruszamy w podróż holenderskim tirem przez Francję Luksemburg, Belgię, aż pod germańską granicę.

09.09.2012

Z holenderskiego Venlo z samego rana załatwiamy sobie transport prosto do Polski. Widzieć nasze banany na twarzach, kiedy przekraczamy polską granicę – niepowtarzalne :D. Jako, że pod Poznaniem lądujemy już koło 21.00, postanawiamy po raz ostatni rozbić namiot i złapać coś z rana.

10.09.2012

Noce już niestety niczym nie przypominają tych hiszpańskich…zimno i wilgotno. Po niecałej godzinie zatrzymujemy bardzo rozgadanego pana, dzięki któremu wysiadamy w Warszawie. Jeszcze tylko autobus jeden, drugi i uśmiechnięci, zmęczeni, a jednocześnie przygnębieni przekraczamy próg domu.

Przez 3 tygodnie podziwialiśmy piękno krajobrazów, zachwycaliśmy się wyjątkową kulturą, cieszyliśmy każdym zatrzymanym samochodem i bluźniliśmy, kiedy takowy nie zatrzymywał się przez 2 dni. Mimo kilku niedogodności, mogę bez wątpienia stwierdzić, że był to jak do tej pory najlepszy wyjazd w moim życiu. I na pewno kiedyś tam wrócę….swoim samochodem 😉

fot. A.Wnuk

One thought on “Autostopem na Gibraltar. Przez krainę flamenco, corridy, fiesty i sjesty

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *