Fuerteventura za grosze. Wśród piasków Sahary

Luty, środek polskiej zimy, mrozy nie do zniesienia i czworo zdesperowanych studentów pragnących odpocząć po męczącej sesji. To właśnie główne przyczyny wyprawy na oddalone o ponad 4 tys km Wyspy Kanaryjskie.

Jestem w Afryce!

Wystarczą niecałe 4 godziny i z 20-to stopniowego mrozu przenosimy się w krainę wiecznej wiosny. Lądowanie na niedużym lotnisku hiszpańskiej wyspy Fuerteventura, było najlepszą nagrodą za udaną sesję. W powietrzu od razu dało się wyczuć afrykański klimat. Dzięki oddalonemu o zaledwie 115 km wybrzeżu Afryki, temperatura na Fuertevetura rzadko kiedy spada poniżej 18C. Natomiast wpływ chłodnego prądu oceanicznego sprawia, że słupek rtęci prawie nigdy nie przekracza 30C. Przez kolejne dni, mieliśmy więc okazję cieszyć się idealnym klimatem. Do tego niekończące się plaże z saharyjskim piaskiem, turkusowa woda, liczne kaldery będące zapadłą częścią stożka wulkanicznego i księżycowy krajobraz. Idealny przepis na niezapomniane wrażenia.

Kiedy pierwszy raz przemieszczamy się z portu lotniczego w Puerto del Rosario do oddalonego o ok. 30 km na północ Corralejo, ani na chwilę nie odkładamy aparatu. Jak okiem sięgnąć roztacza się pustynny krajobraz z wystającymi gdzieniegdzie agawami. Po prawej stronie, tak dla kontrastu, turkusowe wybrzeże Oceanu Atlantyckiego. Tutaj pojawia się prowizorycznie zadane w języku hiszpańskim pytanie do kierowcy taksówki:
-„Woda w oceanie ciepła?” Kierowca spogląda na ubranych w zimowe kurtki studentów i po chwili oznajmia:
-„Ja raczej nie wszedłbym o tej porze roku do wody, ale dla was chyba nie będzie to problem.”

Wulkaniczne wybrzeże Oceanu Atlantyckiego

Podobne sytuacje spotykały nas podczas całego pobytu. Zadziwiał nas fakt (a może to my zadziwialiśmy mieszkańców ), że podczas gdy my ubrani w t-shirty i krótkie spodenki przechadzaliśmy się po mieście, reszta ubrana w kurtki, a niekiedy i kozaki, patrzyła na nas jakoś dziwnie. Po dojechaniu na miejsce, naszym oczom ukazuje się bardzo przystępny hotel z tarasem położonym 20 metrów od brzegu oceanu. Wręcz upewnialiśmy się 3 razy, czy na pewno koszt takiej rozrywki to 12 euro os/doba.

Miejscowość Corralejo, w której spędziliśmy jeden wspaniały weekend, jest największym ośrodkiem wypoczynkowym wyspy. Dawna, niewielka wioska rybacka, oferuje dzisiaj park wodny, boisko piłkarskie oraz liczne restauracje serwujące świeże, typowe hiszpańskie dania.

Wypocznijmy aktywnie

Fuerteventura to nie tylko oaza dla lubiących bierny wypoczynek. Nazwa wyspy w języku francuskim oznacza „mocną przygodę”. Ci, którzy preferują mocne wrażenia z pewnością znalazłyby coś dla siebie.

Dla wielu miejsce to kojarzy się przede wszystkim z Windsurfingiem. Na pewno nie jest to błędne myślenie. Silne wiatry powodują, iż w południowej części wyspy, mamy idealne warunki do uprawiania tej dziedziny sportu. Co roku, na plaży Playa de Sotavento de Jandia odbywają się mistrzostwa świata w tej dziedzinie. Będąc na Fuerteventurze warto jest też spróbować pokrewnego sportu – Kitesurfingu. Wzdłuż plaż znajdziemy liczne miejsca, gdzie możemy wypożyczyć sprzęt i skorzystać z usług instruktorskich.

Myślę, że nie ma lepszego sposobu na zwiedzenie wyspy, jak wycieczka rowerowa. Możemy tu znaleźć mnóstwo wypożyczalni rowerów, gdzie za przystępną cenę mamy możliwość odwiedzenia niedostępnych dla samochodów zakątków wyspy. Nasza trasa rowerowa obejmowała północną część wyspy. Z rana wyruszyliśmy z miejscowości Corralejo, przemieszczając się wzdłuż kraterów wulkanicznych do miasta Lajares i dalej w kierunku wybrzeża do małej wioski rybackiej Majanichio. Jest to miejsce z prowizoryczną zabudową, gdzie nie spotykamy żywej duszy. Dalsza jazda wzdłuż wysokich klifów, gdzie wielkie fale oceaniczne co chwila rozbijają się o ich ściany, jest niesamowitym przeżyciem. Oczywiście na przeważającej części naszej trasy brak było jakichkolwiek utwardzonych dróg, czy innej pomocnej infrastruktury. Przez to rower przeżył naprawdę ciężkie chwile, przedzierając się przez kamieniste stoki, czy liczne dziury w ubitym piasku. Amortyzatory są więc wręcz wskazane.

Rowerem przez wyspę

Krajobrazy

Hiszpański filozof i poeta, Migiel de Unamuno, opisywał wyspę jako „oazę w pustyni cywilizacji”. Fuerteventura jest najrzadziej zaludnioną i jedną z najmniej zagospodarowanych turystycznie wysp w archipelagu. Myślę, że jest jednocześnie nieco niedocenianą wyspą. W porównaniu z Teneryfą, czy Gran Canarią, odwiedza ją znacznie mniejsza ilość turystów. Często spotykałam się z opinią, iż nie ma tam po co lecieć, nie znajdziesz tam nic ciekawego. Co kto lubi oczywiście. Jak dla mnie, był to raj. Może przez zboczenie zawodowe, widok naturalnego, choć srogo wyglądającego pustynnego krajobrazu wraz z masywami wulkanicznymi przyprawiał mnie o pozytywny dreszcz emocji.

Powulkaniczny krajobraz

Fuerteventura, podobnie jak pozostałe wyspy archipelagu Wysp Kanaryjskich, jest pochodzenia wulkanicznego. Nic więc dziwnego, że wszędzie możemy odkryć ślady wulkanizmu. Obok pięknych piaszczystych plaż, rozciągają się kilometry czarnych skał wulkanicznych „wchodzących” bezpośrednio do oceanu. Miejsca te raczej nie nadają się do kąpieli, a w czasie odpływu możemy tam spotkać ludzi zbierających kraby.

Kierując się na południe, płaskie plaże zmieniają się w coraz wyższe wybrzeża klifowe. Najpiękniejsze z nich spotkaliśmy w niewielkiej miejscowości El Cotillo. Sama wioska mieni się biało-niebieskimi kolorami zabudowy, nadając jej typowy dla tamtego rejonu charakter. Miejsce to jest dość często odwiedzane przez turystów, stąd znajdziemy w nim liczne kawiarnie, restauracje. Aby lepiej poczuć klimat miejsca, zatrzymaliśmy się w jednym z barów tapas, gdzie na pierwszy rzut oka siedzieli sami Hiszpanie. I właśnie o to chodziło, aby zjeść typowe dla tego rejonu danie wśród gwarnych rozmów z hiszpańskim akcentem.

Typowa biało-niebieska zabudowa w El Cotillo

Jakiś tam omlet z ziemniakami i pomidorami ;)

Będąc na Fuerteventurze nie możemy raczej oczekiwać tropikalnych krajobrazów, czy chociażby większych połaci zieleni. Wyspa, wysuszana przez wiatry znad Sahary, prezentuje raczej krajobraz księżycowy, porośnięty gdzieniegdzie wysokimi palmami, oleandrami, czy sosnami kanaryjskimi.

Zaskocz mnie

Podczas naszej wyprawy były i momenty, które potrafiły nas zaskoczyć. Parque Natura El Jable. Leżąc na kocu, łapiemy pierwsze promienie słońca i nagle staje przez nami rodzina. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że wszyscy prezentowali się jak ich Bóg stworzył. Dla jasności nie była to plaża dla nudystów. Większość jednak ludzi, bez skrępowania, przechadzała się po plaży, grała w piłkę, czy zażywała kąpieli słonecznych.

Niczym nie skrępowany turysta

Wart jest również podkreślenia fakt, iż znaczna część turystów zagranicznych to starsi ludzie pochodzenia niemieckiego. Zadziwiło nas, iż nie spotkaliśmy tu wielu młodych ludzi, którzy zapewne spędzali czas na tej bardziej popularnej Teneryfie, czy Gran Canarii.

Jeśli chodzi o mieszkańców wyspy, są to wyjątkowo mili, otwarci i uczciwi ludzie. Dowodem na to jest chociażby taksówkarz, który bez słowa podarował nam upust, czy obsługa recepcji hotelu. Ta już na samym wstępie oznajmiła, iż mamy czuć się jak wśród rodziny, a gdybyśmy chcieli spróbować windsurfingu, mamy wsparcie młodszej części obsługi.

Na zakończenie zostaje mi jedynie zachęcić do odwiedzenia wyspy Fuerteventura, nie sugerując się opiniami tych, którzy nie dostrzegli w niej magii i piękna. Zachęcam więc do zasmakowania Mejillones a la marinera w typowym barze tapas, obserwacji żywej rozmowy starszych Hiszpanów podczas gry w szachy i odpoczynku na jednej z licznych, niekończących się plaż z saharyjskim piaskiem.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *