Krymskie klimaty

Tym razem zapraszam na podróż ku wschodowi, na spotkanie z ukraińską gościnnością i zalatującymi komunistycznym akcentem, turystycznymi „perełkami”. Ponad 4 000 kilometrowa, w pełni pociągowa podróż przez ukraińskie równiny, góry i wybrzeża rozpoczyna się słonecznego poranka na przystanku Białołęki.

08.06.2013

Ta wycieczka dowodzi, że mamy w sobie coś z leniwego, masowego turysty. Dlatego też stopa nie będzie prawie wcale. Jakoś zabrakło nam chęci i cierpliwości. Może to przez zbyt dużą przerwę w wojażach.

Tak więc z samego sobotniego poranka ruszamy w kierunku Rzeszowa. W sumie to fajnie jest patrzeć na ludzi, którzy jadą z Tobą autobusem miejskim prosto do pracy i widząc Cie gibającego się w słuchawkach na uszach, z bananem na twarzy i plecakiem przechylającym Cie do tyłu, zerkają z tą zawiścią i błaganiem „Weź mnie ze sobą!” 😀

Z Rzeszowa kilka krótkich i bezproblemowych stopów, a potem wielkie NIC. Z Lwowa pociąg odjeżdża o 21.30. Jest 17, a my wciąż siedzimy w niejakim Radymnie-.- Klawo…Na szczęście udaje się złapać busika. Jednego, potem kolejnego i lądujemy na przejściu granicznym w Medyce. I teraz chwila prawdy. Jeżeli przejście będzie wyglądało jak zwykle, czyli 3574 osoby w niekończącej się kolejce, to zrobi się całkiem nieciekawie. Na szczęście los z nas przestał drwić. Na przejściu nie ma NIKOGO! Tak więc szybki stempel i jesteśmy na Ukrainie. Stamtąd już tylko 80 km do Lwowa. Tyle, że „tylko” dla rozklekotanej marszrutki i ukraińskich dróg niczym sitko, zamienia nas w kłębek nerwów. Wynikiem całej odysei na lwowskim dworcu pojawiamy się o godzinie 21.20, a do pociągu wsiadamy o 21.26. Pociąg odjeżdża o 21.28…To się nazywa wejście:D

Pociągi okazują się bardzo specyficzne i jak dla mnie mistrzowskie. Wygodne łóżeczka z chrapiącymi sąsiadami, stoliczek i łazienka, w której praktykować można naukę utrzymywania równowagi na linie. Dla mnie jeden z lepszych aspektów wyprawy.
Obrazek

9.06.2013

Z samego rana dojeżdżamy do Odessy. Bez mapy, ale z niezawodnym mini kompasem i badaniem kierunku wiatru docieramy do plaży ( na coś się w końcu zdały te studia). Tu następuje krótki rilaks przed całodniowym zwiedzaniem miasta. W sumie gdyby nie kolejny pociąg o 23.59, zwiedzanie byłoby o wiele krótsze, jako że miasto szału nie robi. Kilka ładnym budowli, parki, uliczni grajkowie i mnóstwo ludzi na rolkach.

10.06.2013

W końcu dojeżdżamy do stolicy Krymu – Symferopolu. Dochodzimy do dworca autobusowego, a tam tłoczniej niż na Marszałkowskiej. Ukraiński zamienia się na niezrozumiały rosyjski, a cyrylica jest dla nas przedszkolnymi szlaczkami. W wyniku tego  dajemy się nabrać jednemu z licznych naganiaczy i zamiast 10 hrywien za busa do Bakczysaraju, płacimy 40. Dodatkowo rozprasza mnie jeszcze przeprowadzana właśnie rozmowa telefoniczna na temat rozmowy kwalifikacyjnej 😉

Nowsza część miasta nie robi wrażenia. Zwłaszcza, kiedy niepotrzebnie spaceruje się z plecakiem wzdłuż całego miasta-.- Jednak druga, stara część potrafi już zaskoczyć. Jest to ukryta gdzieś w kanionie wioska z niesamowitymi, wykutymi przez naturę formacjami skalnymi. Dalej jest już tylko lepiej. Zero ludzi, góry, dolinka, namiot i dwoje pociesznych turystów. W nocy natomiast dodatkową atrakcją staje się niebo – piękne, czarne, oświetlone milionem gwiazd i drogą mleczną prosto nad naszymi głowami.

Obrazek

Obrazek

11.06.2013

Wczesny, choć wystarczająco gorący na ucieczkę z namiotu poranek przynosi kolejne atrakcje. Postanawiamy wejść na górę, u podnóża której rozstawiliśmy naszego Fjordzika. Ze szczytu rozciągają się niesamowite widoki, nad głowami przelatują orły, a ja zachwycam się geologicznym znaleziskiem. Skamieniałe muszle nie robią większego wrażenia na Adamie, a ja gotowa jestem zebrać pół tony i przemycić je do domu 😀

Obrazek

Niedaleko znajduje się też skalne miasteczko, czyli kilka sakralnych obiektów wykutych w skale. Fajna sprawa, gdyby nie to, że nie możemy wejść do środka z plecakami, a protestancki kapłan zabrania nam robić zdjęć z zewnątrz.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Kolejnym celem miała być Feodozja. Niestety dziś autobus nie jedzie. Trzeba wymyślić coś innego. Jedziemy więc do Jałty – turystycznej mekki Krymu. Jako, że jest już wieczór, postanawiamy od razu poszukać noclegu. Nie powiem, żeby był on rewelacyjny, ale da się przeżyć. Poranna kąpiel w kilku butelkach wody dodaje energii na dalsze zwiedzanie Jałty. Docieramy do plaży…a raczej czegoś na wzór plaży. Wąskie, kamieniste wybrzeże, poprzedzielane betonowymi pomostami i oddzielone zardzewiałymi siatkami. To tak, żeby oddzielić te lepsze od gorszych. Ja tam różnicy nie widzę. No może w cenach piwa. Następnie trafiamy na główny plac z wielkim pomnikiem Lenina i bezdomną, bosą panią, w jednej skarpetce, która przechadza się między rosyjskimi turystami cykającymi zdjęcia z wielkich Nikonów.

Obrazek

Obrazek

Następny w planach jest Sudak. No tak…szkoda tylko, że autobus odjechał kilka godzin temu. Oczywiście dostajemy oferty od jakże tanich taksówkarzy w stylu 300 hrywien. „Ile?!” „300, ale to w hrywnach, nie w dolarach”. Miło, tyle, że nasz busik kosztował 30 hrywien J Nie dajemy się nabrać i jedziemy do Ałuszty. Za jedyne 6 hrywien, czyli około 2,5zł dostajemy atrakcję w postaci 35 kilometrowej przejażdżki najdłuższą linią trolejbusową na świecie. Jej łączna długość wynosi 86 km! Docierając na miejsce, po raz kolejny widzimy zabetonowany kurort z wąskimi, kamienistymi plażami. Przynajmniej nocleg zapowiada się wyjątkowo przyjemnie. Kawałek za główną częścią miasta rozciągają się winnice z widokiem na góry, a tam idealne miejsce na nasze M1.

Obrazek

Obrazek

13,06.2013

Kolej na wspomniany wcześniej Sudak. Droga prowadzi wzdłuż wybrzeża, do którego wpadają wysokie górskie ściany. Widoki jak z bajki, albo i jeszcze lepsze. Sam Sudak jest całkiem przyjemnym miastem. Wybrzeże rozciąga się między dwoma wzgórzami, z których jedno uwieńczone jest twierdzą. U jej podnóża postanawiamy zostawić plecaki. Nie ma opcji, żebym wracała z nim do miasta po wodę. Bagaże lądują więc w krzakach za skałą z nadzieją, że nikomu nie będzie się chciało tu wchodzić. Oczywiście z moim nieogarnięciem, w plecaku zostaje i mój telefon co tylko podwyższa mi poziom adrenaliny.

Obrazek

Zbliżający się wieczór i znacznie mniejsza ilość ludzi sugeruje, że należałoby w końcu wykąpać się w Morzu Czarnym. Następnie zimne piwo na wzgórzu z widokiem na całe miasto i możemy rozkładać Fjordzika. Szkoda tylko, że nikt nie pomyślał, że może tu wiać…mocno wiać. I w taki właśnie sposób fundujemy sobie nieprzespaną noc na siedzącą, trzymając wszystkimi kończynami namiot. To tak, żeby nie odleciał razem z nami. Serio, w tym momencie działał jak spadochron.

14.06

Wycieczka powoli dobiega końca, a na nas czeka już pociąg do Lwowa. Tym razem czeka nas 23 h w pociągowym przedziale. Na szczęście jesteśmy na tyle zmęczeni, że czas leci wyjątkowo szybko. Zwłaszcza gdy całą drogę popija się całkiem niezłe, czerwone wino.

Ogólnie to na dzień dzisiejszy nie posiadam kostek i mam całe pogryzione i podrapane nogi. A spowodowały to jakieś dziwne kolczaste krzaki w połączeniu z moimi uczuleniami oraz kamienie na dnie morza. Miło. Pojutrze mam rozmowę kwalifikacyjną i chciałam się jakoś ładniej ubrać, ale chyba założę jednak spodnie.

15.06

Jak już nadarzyła się okazja, trzeba zwiedzić i Lwów. Miasto bardzo przyjemne, pełne pięknych zabytków z bardzo przyzwoitym starym miastem.

Następnie czeka nas powrót z Przemyśla do Warszawy stopem. Tu niespodziewanie załącza się leń i wybieramy pociąg. Jak się szlachta bawi, to się koszta nie liczą! Szlachta wydała więc łącznie około 450 zł jeżdżąc non stop pociągami, autobusami,  marszrutkami i trolejbusami, śpiąc w namiocie, mało jedząc (za gorącą na tłuste, domowe obiadziki) i dużo pijąc.

Obrazek

One thought on “Krymskie klimaty

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *