O marokańskiej gościnności, która nas przerosła

Mówili, że Maroko niebezpieczne. Ostrzegali, że Araby utną głowę, że porwą albo okradną. A tymczasem okazuje się, że to najbardziej gościnny kraj jaki mieliśmy okazję odwiedzić. Podróżując po południowej części kraju, w małych wioskach kryje się tyle dobroci i bezinteresowności, że Europejczyk nie ogarnia. Wśród gór Atlas czeka na nas niezapomniana przygoda i mnóstwo dobrych gestów. Marokańska kultura nas zmiażdżyła.

Na dworze całkowita ciemność. Idziemy sobie powoli drogą z Ait Benhaddou. Niebo rozświetla tysiące gwiazd. Czeka nas piękna noc, myślę sobie. A gdzie tam! Obok nas zatrzymuje się samochód. Facet w turbanie na głowie pyta dokąd idziemy tak po ciemku. Po chwili rozmowy zapraszają do prawdziwej berberskiej chaty, częstują herbatą i tajinem. Marokańska kultura tego wymaga. Przy winie rozmawiamy do 2 w nocy.

Marokańska kultura
Marokańska kultura wymaga gościnności

Jak nie nocleg, to chociaż herbata

Idziemy pieszo w kierunku jeziora tuż za miastem Er Rachidia. Słońce powoli chowa się za horyzont, a niebo nabiera różowego kolorytu. Nagle podjeżdża starszy pan i wita się po francusku. Pyta jak się mamy i skąd jesteśmy. Po odpieraniu setek ataków naciągaczy w Marrakeszu myślisz sobie „no nie, zaraz mi wkręci nocleg w swoim hotelu”. Pan pyta dokąd idziemy i ku naszemu zdziwieniu, w stu procentach popiera nasz pomysł z noclegiem nad jeziorem. Pyta, czy nie zechcemy iść z nim do jego domu na obiad. Proponuje również nocleg. Zaplanowaliśmy, że w końcu prześpimy się pod gwiazdami, więc dziękujemy i grzecznie odmawiamy. Mija 20 minut. Na dworze coraz ciemniej. Zaczepia nas pan w wojskowym mundurze. Wita się po francusku. A jakże! Pyta dokąd idziemy. Sytuacja się powtarza. W stu procentach popiera nasz pomysł dodając, że to bardzo bezpieczne miejsce, bo obok znajdują się jednostka wojskowa, która patroluje ten teren. Dodatkowo zaprasza do jednostki na herbatę i obiad. Marokańska kultura po raz kolejny daje siępoznać.

IMGP9816

Wzruszające spotkanie

Poranek dnia następnego. Wyspani wychodzimy z namiotu, z którego rozpościera się widok na błękitne jezioro i gołe góry Antyatlasu. Podchodzi wojskowy. Myślę sobie „przypał, zaraz jakiś mandat nam wlepi”. A ten z uśmiechem od ucha do ucha wita się po francusku i pyta skąd jesteśmy. Przepraszając trzy razy prosi, że jeśli chcemy dalej biwakować, to czy ewentualnie nie moglibyśmy rozbić namiotu po drugiej stronie jeziora. Odchodzi z nieschodzącym uśmiechem na twarzy. Zbieramy się więc powoli i kierujemy na naszą drogę po drugiej stronie mostu. A na owym moście mija nas pan w podartych jeansach, na rozklekotanym składaku. Wita się po…francusku i pyta skąd jesteśmy. Na szczęście mówi po angielsku, więc zaczynamy miłą konwersację. Mówi, że przykro mu kiedy widzi, jak ludzie jego wyznania zabijają bez powodu. Opowiada o tym, że nie lubi Hiszpanów i Amerykanów. O tym, że wie, że nie każdy Europejczyk, który przyjeżdża do Maroka, ma portfel wypchany pieniędzmi. Lubi rozmawiać z obcymi, bo dzięki temu poznaje nowe kultury i uczy się języków. Jest wyjątkowo inteligenty. Chciał wyjechać na studia do Szwajcarii, ale nie miał pieniędzy. Nagle przerywa rozmowę, wyjmuje z plecaka daktyle i dzieli się z nami. Mówi, że to z jego ogródka. Potem wyjmuje chleb. Mówi, że piekła go jego matka. Oddaje nam wszystko…Zaprasza na herbatę do budki strażnika. Spędzamy tam blisko godzinę rozmawiając o polskiej piłce nożnej i ucząc się arabskiej pisowni. Said, bo tak miał na imię, zaprasza do siebie na kus kus i nocleg. Niestety czas nas goni, musimy jechać dalej. Wymieniamy się adresami z nadzieją, że kiedyś się jeszcze zobaczymy.

marokańska kultura

Zobacz też: Maroko – autostop, porady praktyczne, ceny

„Macie na taksówkę”

Dojeżdżamy stopem do Mideltu. Do przejścia mamy całe miasto. Tam czeka na nas wylotówka w kierunku Azrou. Zaczepia nas młody chłopak. Opowiada o swoim mieście. Chcemy zdążyć przed zmrokiem, więc przyspieszamy nieco kroku. Mibladen ciągnie rozmowę. Cieszy się, że może porozmawiać z obcokrajowcami. Podobnie jak reszta, zaprasza nas do siebie. Nagle gdzieś między zdaniami, mówi że da nam na taksówkę do oddalonego o 120 km Azrou. Pewnie się przesłyszałam, albo zawiódł mnie mój angielski. Po 10 minutach skręca na postój taksówek, rozmawia z jednym z kierowców i zaczyna nas wołać. „100 dirhamów, mam 80. Dołożycie 20 i za chwilę odjeżdżacie”. Nie ma opcji, nie przyjmiemy tych pieniędzy. Pojedziemy stopem. Nie chciał słyszeć odmowy. A na koniec to on nam dziękuje po stokroć za to, że zechcieliśmy z nim porozmawiać po angielsku!!! Wsiadamy to taksówki w milczeniu. Nie wiem, czy mam się popłakać, czy zacząć się śmiać. Zdecydowanie za duża dawka dobroci na raz.

IMGP9823

Marokańska kultura jest tak nasycona gościnnością, że przeciętny Europejczyk wręcz zaczyna podchodzić do niej z ograniczoną ufnością. Bo jak to? Za darmo chce mnie ugościć? Obcy chce mi zapłacić za taksówkę? Dopiero po czasie przekonuje się, że gościnność ta wynika z potrzeby serca, z tradycji i kultury. Pamiętajmy jednak, że nie można jej nadwyrężać i jechać do Maroka z myślą, że wszyscy na około będą nas karmić i gościć. Kiedy bierzemy, dawajmy też coś od siebie. Przekonaliśmy się, że czasami wystarczy edukacyjna rozmowa po angielsku.

Zobacz też: Sahara – magia tkwi w prostocie

3 thoughts on “O marokańskiej gościnności, która nas przerosła

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *