Czy Oman jest bezpieczny? Opowieść o najbardziej gościnnej kulturze świata

Czy Oman jest bezpieczny? W końcu to arabski kraj. Telewizja bombarduje nas informacjami o Arabach, którzy z buciorami włażą na europejską ziemię. Gazety piszą o muzułmanach, którzy mają niepokolei w głowach. Wyrażenie „Allahu Akbar” przyprawia o dreszcz Zachodnie społeczeństwo. Na wieść o tym, że lecimy do arabskiego Omanu, rodzina i przyjaciele łapią się za głowę i wmawiają nam, że ową głowę stracimy na wyjeździe. Czy arabska kultura rzeczywiście przepełniona jest nienawiścią i chorobliwą wręcz religijnością. Coś mi się wydaje, że nie do końca. 

W Omanie spotkaliśmy się z tyloma wyrazami dobroci, że idzie wręcz zrzygać się tęczą. Podejrzliwy Polak, który nieczęsto spotyka się z bezinteresowną uprzejmością, spogląda podejrzliwie, gdy ktoś nagle zatrzymuje go na ulicy i daje herbatę. Czego ten koleś ode mnie chce? A co, kiedy zostawiasz w obcym samochodzie sprzęt fotograficzny warty kilka tysięcy złotych i pół miasta pomaga ci go znaleźć? Bezinteresownie. Nie ogarniam. Albo gdy ktoś obcy obwozi cie po całym mieście, mimo że jest to jego dzień wolny. Dezorientacja kompletna. Będąc w tej najbardziej komercyjnej części Maroka nauczyliśmy się, że nie ma nic za darmo, a turysta traktowany jest jak chodzący banknot 100-dolarowy. Nic więc dziwnego, że podchodziliśmy dość podejrzliwie, gdy w Omanie ktoś chciał zapłacić za nasz obiad, a kiedy my się sprzeciwiamy, ten jest gotów nas ochrzanić. Poznajcie kilka opowieści o omańskich muzułmanach, którym gościnnością i dobrocią mało kto dorówna.

Oman

Idrees. „Pomaganie to moja misja”

Idrees zaczepia nas w pierwszej minucie pobytu w Omanie. Pyta, czy nie potrzebujemy pomocy. A no stojąc w centrum wielkiego Muscatu z dwoma wypchanymi plecakami, raczej szybko nie wydostaniemy się na wylotówkę prowadzącą do Wadi Shab. Idrees proponuje podwózkę. Pytamy, czy to nie problem. „Pomaganie to moja misja”. Po drodze towarzyszy przy wymianie pieniądzy i zostawia do siebie kontakt. Prosi o wiadomość, jak tylko wrócimy do Muscatu. Tydzień później rzeczywiście wracamy. Idrees zabiera nas do swojego hostelu pokazując po drodze miasto pod osłoną nocy. Możemy zostać ile tylko chcemy. Pieniędzy za nocleg nie chce. „Od niektórych biorę pieniądze, od innych nie. Nie warto ze mną robić biznesów, bo byście zbankrutowali” – śmieje się nasz nowy przyjaciel.

Talal – przewodnik z Sur, który spełnia marzenia

Jest wieczór, słońce powoli chowa się za horyzont, a my właśnie wylądowaliśmy w mieście Sur. Idziemy ulicą i nagle słyszymy znajome „Hi. How are you?” Bo tak na marginesie, w Omanie każdy pyta cie „how are you”. Nawet jak tylko mija cie na ulicy! No więc mówimy, że fine, że wszystko gra. A ten, że jakoś smutno wyglądamy. Że jest przewodnikiem, ale często też pomaga ludziom i właśnie nam chciałby pomóc. Chyba naprawdę musieliśmy wyglądać jak zbite psy 😀 Zabiera nas na karak – najlepszą herbatę pod słońcem, na shawarmę do knajpy, pokazuje miasto. Generalnie jest jakaś północ, a my zwiedzamy Sur włażąc w miejsca, które pewnie normalny turysta nie odwiedzi. Talal usłyszał, że wielkiego żółwia to ja najwyżej widziałam w zoo, ale strasznie chciałabym zobaczyć na żywo. Mówisz masz. Nasz nowy przyjaciel zabiera nas na oddaloną o jakieś 30 km plażę, gdzie spotykamy się z jego kolegą. Przez następną godzinę palimy razem shishę przy ognisku na plaży nad oceanem. A potem do 3 nad ranem biegamy po plaży w poszukiwaniu żółwia. Kiedy w końcu znajdujemy metrową samicę znoszącą jaja, wszyscy cieszą się jak dzieci. W międzyczasie uświadomiłam sobie, że Talal – obcy mi człowiek, a na dodatek Arab 😀 jeździ sam wzdłuż plaży samochodem z moim aparatem, a ja o dziwo się tym nie przejmuję. Po 4 nad ranem odwozi nas na zaciszną plażę, gdzie możemy rozbić namiot. Ale to nie koniec. Z rana przyjeżdża po nas i dalej pokazuje miasto. Tym razem za dnia. Pod koniec przejażdżki to my płacimy za benzynę, żeby nie było, że jakieś pazery z Polski wszystko chciałyby za darmo. Nasz „przewodnik” podwozi nas na wylotówkę, gdzie po kilku minutach zatrzymuje się samochód. Oczywiście standardowo kierowcy po drodze raczą nas napojami i ciastkami. Nie ma szans na zrzucenie zbędnych kilogramów podczas tego wyjazdu.

Wnuczykije i zaginiony aparat

Dziwne, że ja jeszcze nie zgubiłam głowy podczas tych wojaży. Tym razem w samochodzie kierowcy wiozącego nas do Wadi Bani Khalid, zostawiłam cały sprzęt foto. Torba warta kilka tysięcy złotych odjechała spokojnie gdzieś w stronę miasta. Trzeba było zobaczyć moją minę, kiedy zorientowałam się, że torbę z jedzeniem wzięłam, ale z aparatem już nie. Zaczepiamy stojącego najbliżej nas taksówkarza. Młody chłopak średnio mówi po angielsku, więc dzwoni do swojego wujka. Wsiadamy do taksówki i zaczynamy poszukiwania czerwonego pick-upa z trawą na bagażniku(oczywiście był biały, ale my wszystkim wkręcaliśmy, że na pewno był czerwony). Jeden telefon, drugi, trzeci. Ja ze łzami w oczach opracowuje plan jak tu popełnić harakiri.Taksówkarz zatrzymuje jakiegoś innego kierowcę. Tamten gdzieś wydzwania, zaczepia przechodnia. I tak przez ponad godzinę. W końcu nasz młody kierowca z uśmiechem mówi, że wracamy, aparat czeka tam, skąd odjechał. Nie mam zielonego pojęcia, jak został zlokalizowany. Zwłaszcza, że podaliśmy zły kolor samachodu 😀 Starszy pan, który czekał z moją torbą dziwi się, że nie zaczekaliśmy na niego. Jeździł po okolicy szukając nas. Właził nawet do pobliskich jaskiń! Przez myśl mu nie przeszło, żeby zajumać sprzęt.

Ale to nie koniec. Taksówkarz i jego wujek, na „pocieszenie” zabierają nas do siebie na obiad, na drogę dają worek daktyli i podwożą… 70 km w jedną stronę na pustynią (nie, wcale nie była po drodze). Ten dzień zmiażdżył mnie doszczętnie.

Said „I am sorry”

Kontynuując poprzednią historię, po pustyni zdążyliśmy przejść 10 metrów, bo za chwilę zaczepia nas Said – mieszkaniec Wahiba Sands. Mówi, że zaprowadzi nas w idealne miejsce na rozbicie namiotu. Tak żeby quady nas nie budziły, a wielbłądy nie wlazły na namiot. Wprawdzie jest trochę dziwny i co drugie zdanie przeprasza nie wiadomo za co, ale to kolejny bardzo pomocny i uprzejmy Arab. Z rana przychodzi pod namiot, aby zaprowadzić nas wgłąb pustyni skąd rozciąga się widok na jej bezkres. A potem już standardowe zaproszenie na herbatę, czytaj herbatę, owoce, suszone daktyle, kawę. Siedzimy w przewiewnym pomieszczeniu z całą rodziną. Jest trochę jak w zoo. Oni bezceremonialnie wpatrują się w nas, my w nich. W końcu dziękujemy za gościnę, a Said odprowadza nas na wylotówkę. Żegna się przepraszając. Pytam się tylko, za co?!

Co warto zobaczyć w Omanie - Wahiba Sands

 

Co warto zobaczyć w Omanie - Wahiba Sands

Mohammed – przewodnik po Muscacie

Jest dzień wolny od pracy. A Mohammed – kierowca, który przywiózł nas do Muscatu, podjeżdża po nas do hostelu i zaczynamy wspólne zwiedzanie miasta. Pokazuje nam wszystkie atrakcje, zabiera na obiad. Nie chce słyszeć o oddaniu pieniędzy. Po raz setny słyszymy „no problem”. W ogóle to chyba ulubione słowo Omańczyków. Można tu rozstawić namiot? No problem. Zgubiłeś aparat? No problem.  I tak w kółko. Wieczorem zabiera nas na festiwal w Muscacie, gdzie dumnie opowiada o arabskiej kulturze, omańskich weselach. Daje skosztować tradycyjnych potraw. I wszystko to bezinteresownie.

Ciasto w pokoju nauczycielskim

Krótko i na temat. Wchodzimy do szkoły, która jest jedynym otwartym budynkiem w okolicy. Pytamy idącego korytarzem nauczyciela o drogę. Pan odpowiada na nasze pytanie, po czym zaprasza na ciasto i sok do pokoju nauczycielskiego. Na do widzenia, oprócz powodzenia w dalszej podróży, dostajemy ciastka i wodę na drogę. Nie ogarniam!

Najdziwniejszy stop w życiu

Trochę tych kilometrów autostopem żeśmy narobili. Wiele już życzliwości doświadczyliśmy. Ale to był specyficzny autostop. A raczej podarki, jakie otrzymaliśmy. Zaczęło się standardowo od butelki wody. Potem pan najwyraźniej stwierdził, że odda wszystko co ma w aucie. Dostajemy więc po kolei: Panadol, mini mydełka i szampony zajumane z hotelu, LUBRYKANT (też miniaturowy i zajumany), perfumy, puder do rąk, długopis, kawę i chipsy. Potem pan obwozi nas po swoich włościach i pokazuje rodzinny dom w budowie, gdzie tylko na dole znajduje się blisko 10 pokoi i 5 wielkich łazienek. Amen.

„Czas na podarowanie czegoś światu”

Podjeżdża do nas starszy pan i zaczyna trąbić. Kiedy już ciśnie się na usta ,, czego pan tak trąbisz do cholery,,,  Pan otwiera szybę i pyta, czy chcemy kawę i ciastka. Tłumaczy, że przez 35 lat zarabiał dla siebie, przyszła więc pora, żeby dał coś światu. I tak jeździ codziennie rano i rozdaje spotkanym ludziom kawę i ciastka. Nic nie chcąc w zamian. Tak żegna nas Oman – kraina najbardziej gościnnej kultury świata.

Niesamowite jest to, ilu dobrych ludzi chodzi po tej Ziemi. Ile bezinteresownej pomocy można doświadczyć mając otwarty umysł. Jak tłumaczy nam Idrees, kultura arabska, to kultura tolerancji. Tu każdy jest równy niezależnie w jakiego boga wierzy, a niesienie pomocy powinno wychodzić z potrzeby serca każdego muzułmanina. Wielokrotnie słyszymy smutek w głosie tych, którzy opowiadają o burzeniu tej koncepcji przez chory fanatyzm, który niestety przenika do świata zewnętrznego tworząc bardzo ogólny, negatywny obraz arabskiej kultury. Oczywiście są w niej elementy, których my, ludzie Zachodu nie pojmujemy jak np. niższa pozycja kobiet, która rzuciła mi się w oczy wiele razy. Ale to jeszcze nie powód, żeby skreślać kraje islamskie z listy miejsc wartych odwiedzenia.

Zobacz też: Oman – 10 miejsc, które musisz zobaczyć. Atrakcje Omanu subiektywnie

 

 

 

 

 

10 thoughts on “Czy Oman jest bezpieczny? Opowieść o najbardziej gościnnej kulturze świata

  1. Ja się wybiorę do tego Araba ze zdjecia znad wodospadu 🙂 przystojniak . A tak serio to super historia z tym żółwiem i bieganiem w nocy po plazy. Jak moje maluchy podrosną to może czeka nas jeszcze podrozowanie.

    1. Haha, a no prawda, niezły przystojniak. Na whatsappie wysyła Adamowi różyczki myśląc, że rozmawia ze mną:D A no np. takie żółwie z pewnością byłyby niezłym przeżyciem dla maluchów 🙂

  2. Świetny wpis. Czytałam z wielkim zainteresowaniem. Też staramy się podróżować nie wydając na to fortuny. Oman właśnie znalazł się na liście na przyszłą zimę 🙂 Podzielam opinię o Arabskiej gościnności, uprzejmości i chęci niesienia pomocy. W tym roku doświadczyłam tego samego w Emiratach Arabskich. Życzę udanych podróży i wielu takich inspirujących artykułów.

  3. Super piszecie. Wybieram się do Omanu na przełomie października i listopada . Zastanawia mnie tylko dwie sprawy czy brać auto 4×4 Hyundai Tucson bo to SUV więc opony na pewno będą typowe szosowe więc na piach trochę słabo … Czy może dużo tańszy zwykły samochód. I jak jest z tymi cenami za jedzenie i picie bo na jednym forum piszą że ok tanio a na innym że jak w Norwegii. 😀

    1. Hej hej 🙂 A więc co do samochodu, zależy gdzie chcecie jechać. Jeśli w góry, np Jabal Akhdar, czy Jabal Shams, bez 4×4 ani rusz. Po drodze stoją policjanty i sprawdzają jakie macie auto (my zostawiliśmy samochód na dole i do góry pojechaliśmy stopem 😀 Jeśli natomiast nie planujecie gór, to zwykły samochód wystarczy 🙂
      A co do cen jedzenia i picia, to nie mam pojęcia skąd ta Norwegia 😀 Ceny są bardzo zbliżone do naszych. Może nieco droższe mięso i nabiał w sklepach. Ale za to jedzenie w knajpach w super cenach 🙂 Tu znajdziecie przykładowe ceny na styczeń 2017. http://wnuczykije.pl/sg/oman-informacje-praktyczne/

  4. Ciesze sie, ze znalazlam wasze wpisy, musze przyznac że za troche wiecej jak za 2 tygodnie ruszamy z meżem na omanskie szlaki. mam nadzieję, że rowniez spotkamy sie z tak serdecznym podejsciem 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *